Świadectwo Marleny:

Chciałabym dzisiaj napisać coś, co być może doda siły tym, którzy potykają się z podobnymi problemami do moich.
Niestety nie było mi dane być na wszystkich rekolekcjach, ale dziękuje Bogu za każdy czas, który mogłam spędzić w tym cudownym miejscu. Niewątpliwie był to Boży czas, w którym Pan Jezus mnie uzdrawiał i budował.
W tym czasie wydarzyło się wiele rzeczy, które były dla mnie bardzo ważne, ale dziś chciałabym podzielić się
z Wami dwoma wydarzeniami, przez które Bóg kształtował moje myślenie i podejście do wielu kwestii.
Był taki czas w moim życiu, kiedy czułam się gorsza od innych. Mało tego, że porównywałam się do ludzi, to jeszcze uważałam, że jestem gorsza w oczach Boga. Czułam, że mimo tego, iż bardzo się staram odwrócić od grzechu, zerwać z grzechem, to nie wychodzi mi to tak, jak ja sobie zaplanowałam. Dochodziło do mnie: jaka jestem słaba, beznadziejna, jak ja sama z siebie mało mogę. Widziałam tylko swoją porażkę. Było mi wstyd przed Bogiem, że nie potrafię dotrzymać danego słowa. Każdy grzech oddalał mnie od Boga. A oddalał mnie od Boga dlatego, że szatan za każdym razem kiedy zgrzeszyłam, wmawiał mi, że nie jestem godna aby rozmawiać z Bogiem, bo cóż ja mogę Mu powiedzieć.. że co? że już więcej nikogo nie będę oceniać, że już się nie będę złościć itd.. Przecież powtarzam i przepraszam za to w kółko, i co? I czy coś się zmieniło? Hmmm.. No nic się nie zmieniło. Było mi wstyd. Przestałam się modlić. Przez to nasza relacja zamiast wzrastać, opadała. Oczywiście taki też był plan szatana. Tak jak bym ognisko, które ledwo płonie sama gasiła. I tak w kółko. Wzrastałam
w modlitwie i w niej opadałam. Któregoś dnia (zaraz po rekolekcjach) Bóg pokazał mi, jak wygląda to z Jego strony.
A wyglądało to tak..
Przechadzałam się leśną ścieżką ze znajomymi, i w którymś momencie zobaczyłam ławeczkę. Bardzo lubię modlić się na łonie przyrody, więc poinformowałam ich, że zatrzymam się tutaj na chwile, a potem do nich dołączę. Usiadłam na ławce i z radością zaczęłam się modlić. Jak już się tak rozmodliłam, to w którymś momencie spojrzałam na prawo i zobaczyłam do połowy suche drzewo. Było bardzo wysokie i średnio grube. Jak już wspomniałam z dolnej połowy drzewa wyrastały suche gałązki, górna zaś rozrastała się pięknie. Usłyszałam cichy głos, gdzieś w środku mnie:
– To ty jesteś tym drzewem. A te suche gałęzie to twoje grzechy.
– O nie! – Powiedziałam od razu.
– Ja nie mogę być tym drzewem. Ja nie mam w sobie tyle grzechu. Owszem, żadna ze mnie świętość, ale nie przesadzajmy! – Byłam wręcz oburzona, bo obok widziałam drzewa, które były w o wiele lepszym stanie. Patrzyłam na inne i mówiłam:
– A może tym jestem?? – I wskazałam na jakieś.
– Nie. Jesteś tym, które pokazałem.
– Nie. Nie jestem! – Mówię. – To nie możliwe, bo w tym drzewie suche gałęzie zaczynają się od samej ziemi. Więc niby jak to jest możliwe, skoro już tyle czasu podążam Boże za Tobą? Naprawdę się staram i może nie od wszystkiego, ale od wielu grzechów się odwróciłam i z nimi zerwałam. Więc co się stało z tym czasem gorącej modlitwy do Ciebie? Z moimi staraniami? Z moją poprawą?! Chcesz mi teraz powiedzieć, że nic się nie zmieniło u mnie? Że nie ma żadnej poprawy?!!
– W tym całym czasie, o którym mówisz uzdrawialiśmy korzeń. Podejdź do tego drzewa.
– Ale po co? Mam podejść do drzewa i co? Jeszcze ktoś będzie przechodził i co on sobie o mnie pomyśli.. Dosyć, że jestem tutaj sama, w lesie, to jeszcze sterczę koło jakiegoś drzewa..
– Podejdź do drzewa.
Byłam zła i naprawdę nie widziałam w tym żadnego sensu. Ale przez cały czas w mojej głowie brzmiał ten sam głos „podejdź”.
– Ok.! Daj już spokój! – Powiedziałam. Wstałam z ławki i podeszłam zmieszana do drzewa, które wskazał mi Bóg.
– Przykucnij i odłam jedną suchą gałąź.
Oczywiście nie widziałam w tym żadnego sensu i sprzeczałam się, że nie będę obrywać żadnych gałęzi.
Ale w końcu poddałam się. Rozglądnęłam się dookoła czy ktoś przypadkiem nie idzie, przykucnęłam, wybrałam sucha gałąź, i trzymając ją w ręku (chyba trochę ze strachem i niepewnością) odłamałam ją.
Oooo.. Zalały mnie łzy i wtedy wszystko zrozumiałam. Pan Jezus, czy Duch Święty, nie wiem, pozwolił mi poczuć jak to jest, kiedy On odrywa od nas grzech i ile sprawia Mu to radości. Ta radość jest nie do opisania po ludzku! To było jedno z piękniejszych przeżyć, na które pozwolił mi Bóg. Niesamowite! Klęczałam przy tym drzewie i płacząc pielęgnowałam miejsce po oberwanej gałązce. To było cudowne. W tym było tyle miłości. To sprawiało tyle radości. Chwyciłam za drugą gałąź i też ją odłamałam. Potem za trzecią i tym razem niestety się nie udało. Usłyszałam:
– Oj, nie, nie moja droga, wystarczy ci. Gałąź ta mimo tego, że jest sucha na zewnątrz, to w środku jest jeszcze zielona i nie można jej z łatwością odłamać jak pozostałe.
Zrozumiałam, że grzech ten jeszcze nie obumarł we mnie do końca, dlatego nie da się go z łatwością odłamać, można go wyrwać, ale wtedy porani się drzewo, a nie o to w tym chodzi.
Od tej pory inaczej patrzyłam na to drzewo.
Bóg pokazał mi przez to doświadczenie, że kiedy upadam i grzeszę nie oznacza to, że On się ode mnie odwraca, wręcz przeciwnie. Bardzo się o mnie troszczy i ogromną radość sprawia Mu to, jak może odłamywać od nas grzech. I co najważniejsze to, nie my sami zrywamy z grzechem. To nie była moja zasługa, że poradziłam sobie z wieloma grzechami. Zobaczyłam też, że grzech usycha, obumiera we mnie w momencie, kiedy daje Bogu w 100% pozwolenie na to, aby On mnie z tego grzechu wyzwolił. Nie ja, ale On! Nie z moich starań, ale z Bożej Łaski to jest możliwe.
Kiedy wracałam do domu spojrzałam na las i poczułam, że każde drzewo w tym lesie symbolizuje ludzkie wnętrze. Widziałam wiele drzew: pięknych, zdrowych, niektóre były potężne, dużo było takich drzew jak moje, były też piękne młodziutkie drzewa, ale również drzewa młode już całkowicie wysuszone – martwe, inne zaś starsze ale, też bardzo chore albo całkowicie suche, niektóre złamane. Widok martwych drzew przyprawiał mnie o gęsią skórkę. To było bardzo smutne. Wręcz poczułam na sobie treść przypowieści o synu marnotrawnym. Jaka ogromna musi być w niebie radość, kiedy uda się wyrwać dusze z ciemności i ofiarować jej nowe życie.
Często zadawałam pytanie Bogu: skoro jest tyle zła na świecie to, po co On trzyma to wszystko?.. Tamtego dnia zrozumiałam dlaczego. Więcej było drzew zdrowych i tych, których da się jeszcze odratować.
Drugie wydarzenie, którym chciałabym się z Wami podzielić było dla mnie, może nie równie poruszające, ale też ważne i pouczające.
Pamiętam, że było to, po tych rekolekcjach, kiedy Siostra Bogna zadała nam prace domową. A mianowicie, mieliśmy dowiedzieć się jak to zrobić, żeby oddać/ powierzyć soje życie Bogu, powiedzieć: „Boże nie moja wola a Twoja niech się dzieje”. No i teraz jak tu słowa wprowadzić w czyn? Hmm.. Nie wiem jak u Was moi drodzy, ale u mnie łatwo się mówi, a niestety gorzej z praktyką. Choć chęci oczywiście są ogromne.
Więc, któregoś dnia modliłam się w domu, jakoś tak wyszło, że w kuchni. Zamknęłam oczy i popłynęłam w modlitwie. Prosiłam Ducha Świętego, aby prowadził mnie po swojej drodze, Pana Jezusa, aby nie pozwolił mi z niej zejść, bo nie chce kroczyć żadną inną drogą ale tylko tą, która prowadzi do naszego ukochanego Ojca.
I kiedy tak się modliłam, wyobraziłam sobie drogę po, której idę i chyba nieświadomie zrobiłam kilka małych kroków w przód, nagle coś mnie zatrzymało. To był stół. Wlazłam na niego i nie otwierając oczu próbowałam go przesunąć w prawo, żeby móc dalej iść po tej pięknej drodze, którą widziałam w swojej wyobraźni, ale czułam opór, nie potrafiłam go przesunąć. Usłyszałam ciche:
– Zostaw, zrób krok w lewo.
Pomyślałam ok. Więc robię krok w lewo i wpadam na krzesło. Uśmiechnęłam się w sobie i pomyślałam – Boże ale droga…piękna ale nie da się po niej iść. Chce już przesunąć krzesło, ale słyszę:
– Zostaw, zrób kolejny krok w lewo.
Myślę, ok. Robię z ufnością krok w lewo i czuje, że mogę iść. Na mojej drodze nie ma żadnej przeszkody. Otwieram oczy, rozglądam się w jakim miejscu jestem i dociera do mnie co chciał mi powiedzieć Duch Święty, Pan Jezus – nie wiem.
Kiedy pozwalamy prowadzić się Panu Jezusowi, to wszystko jest takie proste. Wystarczy mu zaufać. Kiedy zatrzymała mnie pierwsza przeszkoda, chciałam sama się z nią uporać, pozbyć się jej. Chciałam przesunąć ją w prawo, ale był opór – nie dziwne, bo pchałam stół na ścianę. I mogłabym sobie tak pchać przez 4 lata i nic bym nie zmieniła, bo nie mam na tyle siły, żeby przesunąć stół wraz ze ścianą. Zrozumiałam, że tak też, jest w życiu. Kiedy na naszej drodze pojawia się przeszkoda, to czasem nie warto tracić siły i czasu na to, żeby ją przesunąć w miejsce, które tak naprawdę nie da się przesunąć. Usłyszałam głos, który mi podpowiedział co mam z tą przeszkodą zrobić, a ja mu zaufałam. Kiedy zrobiłam kolejny krok, wpadłam na krzesło i to już, mogłam przesunąć, bo to tylko krzesło i miałam miejsce zważając na układ mojej kuchni, ale ten sam głos powiedział „zostaw”. A ja mu zaufałam i też tak uczyniłam. Przekładając na nasze życie: poczułam, że czasem jest tak, że wydaje nam się coś niegroźne, że jeśli coś przesunę, usunę, to nic się nie stanie, ale może być tak, że nam się tak tylko wydaje, a w rzeczywistości to przesunięcie, pociągnie za sobą ciąg wydarzeń, które będę dla nas w późniejszym czasie bardzo niekorzystne i bardzo na tym ucierpimy. My tego nie wiemy, ale na szczęście wie to Pan Jezus, który chce nas przed tym uchronić i poprowadzić nas bezpieczną drogą. Zostawiłam to krzesło i zrobiłam kolejny krok w ufności i kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam, że to była jedyna droga, którą mogłam przejść, na której nic nie stało. Gdybym zrobiła natomiast jeszcze jeden krok w lewo to zatrzymałabym się na meblach – kuchnie mam malutką. To była jedyna bezpieczna i czysta droga. I Bóg taką właśnie drogą chce nas prowadzić, tylko musimy Mu naprawdę zaufać. Kiedy zaczynamy sami coś kombinować to tracimy tylko siły, czas i narażamy się na cierpienie, straty, ból i porażkę.
Duch Święty pozwolił mi odrobić zadanie domowe.
Musimy się modlić o to, aby Bóg otworzył nasze oczy na sytuacje, w których chce nas czegoś nauczyć, coś pokazać, przekazać; na ludzi, przez których do nas mówi, abyśmy ich dostrzegli i zatrzymali się w odpowiednim momencie, aby wysłuchać co mają do powiedzenia, a raczej co dzisiaj chce mi powiedzieć Bóg. Aby otworzył nam uszy na Jego cichy szept, abyśmy mogli go usłyszeć i za tym głosem w ufności podążać. Nasze serca, abyśmy dopuścili do siebie Jego miłość, abyśmy ją poczuli i zaczęli się nią rozkoszować. Bóg do nas mówi każdego dnia, tylko jesteśmy głusi i ślepi – przynajmniej mówię o sobie, nie chce nikogo urazić. Ale kiedy się o to modlimy z wiarą, to naprawdę oczy się otwierają, przez uszy możemy usłyszeć, a sercem poczuć Bożą obecność. Bóg jest wierny, powiedział: „proście a będzie wam dane”. Kiedy proszę z ufnością, dostaje dwa razy więcej. Amen.
Marlena